Moto Bałkany Eksploracja 2012 – Relacja, długa i wyczerpująca ten temat raz na zawsze…

Moto Bałkany 2012 – Eksploracja

Z góry przepraszam za błędy…

Do wyjazdu przygotowywałem się bardzo sumiennie od dłuższego czasu. Właściwie, przygotowania zacząłem już w listopadzie 2011 roku i trwały nieprzerwanie do początku maja. Tym trudniejsze było to dla mnie, że nie posiadałem praktycznie żadnego sprzętu, który mógłbym zabrać. Po paru miesiącach udało mi się skompletować wszystko, przygotować motocykl i nastawić się psychicznie do tego przedsięwzięcia – nie było to proste zważywszy na to, że jechałem pierwszy raz w tak daleką podróż – w dodatku motocyklem.

Skąd pomysł samotnej podróży ?

Początkowo miał to być wakacyjny wyjazd na Krym, później kolega zaproponował Czarnogórę, aby po paru dniach w ogóle się z tego wycofać. Zostałem sam, tym bardziej mnie to zmobilizowało i zacząłem przygotowania. Dodatkowym bodźcem było spotkanie Bartka z Warszawy na zimowym zlocie Pingwina, który swoim Rometem 125 przejechał kilkadziesiąt krajów Europy. Jak tu nie ruszyć…

Dzień 1

Ruszyłem 3 maja z Zelowa(woj.łódzkie) Pierwszym punktem wyprawy była polsko – słowacka granica w Hyżne. Żeby mój TDM nie wyglądał samotnie na trasie do granicy ze Słowacją ruszył ze mną kolega na Fazerze.  Jechaliśmy wspólnie. Niestety deszcz, który zaskoczył nas po drodze przegnał mojego kompana z powrotem do domu. Ja zmokłem okrutnie, ale sukcesywnie pokonywałem kolejne kilometry trasy. Przekroczyłem pustą granicę ze Słowacją i wykonałem ostatni telefon do domu jeszcze z polskiej sieci.
Jazda po Słowacji nie była zbyt zachwycająca. Owszem, widoki były piękne – niestety bardzo uważałem z manetką gazu – Wszyscy wiemy jak wysokie potrafią być mandaty za przekroczenie prędkości w tym kraju. Ze Słowacji ruszyłem w kierunku Węgier, a tam ku miejscowości Suty. Po drodze spotykałem samotnie jadącego Polaka na Africą Twin, jechał z Chorwacji. Krótka rozmowa, tankowanie i w drogę. Dziś Chcę dojechać do Budapesztu !

Przeprawiam się przez kolejną granicę.

U bardzo niemiłej Pani w kantorze wymieniam gotówkę i ruszam w stronę Węgierskiej stolicy. Parę kilometrów później widzę znak „Budapeszt 86” Myślę sobie – zrobię pamiątkowe zdjęcie ze znakiem w tle. Hamuję, podjeżdżam pod znak, motocykl mnie przeważa i jak długi lecę na ziemie razem z nim. Wspaniały początek wyprawy, nie ma co ! Jestem wściekły. Skoro pierwszego dnia mam takie przygody to co będzie w Bośni czy Albanii ? Podnoszę Moto – nic z tego, próbuję raz, drugi. Nie mam tyle siły. Zatrzymuje jadącego z naprzeciwka busa. Proszę ludzi o pomoc. We trzech podnosimy motocykl. Chwila rozmowy, serdecznie dziękuje za pomoc i ruszam dalej. Jestem wściekły na siebie i swoją głupotę. Jest około 18, jadę od 8 rano i od samego rana nic nie jadłem. Może to przez zmęczenie robię takie głupoty? Decyduję się na postój i nocleg. Zjeżdżam z drogi i na wzgórzu nieopodal trasy rozbijam obóz. Rachuje straty. W wyniku tego głupiego incydentu rozbijam kierunkowskaz – udaje się go naprawić, krzywię klamkę hamulca przedniego oraz łamię podnóżek kierowcy – brak tego elementu będzie mi doskwierać do końca wyjazdu.

Fakt jest taki. Moje morale spadają drastycznie jestem zdenerwowany tą parkingówą, nadal pada i jestem zmęczony. Zasypiam z myślą, że jutro będzie lepiej.

Dzień 2

Główna wada stopów aluminiowych ? Konia z rzędem temu, kto znajdzie spawarkę tig i przeszkolonego do jej obsługi człowieka na Bałkanach !. Chcesz pospawać ? Kub klej albo weź spawarkę pod gniazdo zapalniczki ze sobą.

Obudziłem się o 6.00. Właściwie to obudził mnie chłód. Wyściubiłem nochala z namiotu, a tu mgła. Masz babo placek…

Złożyłem namiot – nie było to łatwe, wicher na wzgórzu na którym spałem był taki, że nie dało się utrzymać „tropiku” przy ziemi. Spakowany, w drogę ruszyłem delikatnie. Właściwie, cały dzisiejszy dzień jechałem bardzo spokojnie. Przez ten cały kram, który wiozę za sobą, spalanie zatrważająco wzrosło.

Wczorajsze 600 km, nie zostało pobite, tego dnia przejechałem około 500 km. Ruszyłem z przed Budapesztu, stanąłem gdzieś na 140 km przed Sarajewem.

Wróćmy do Budapesztu. Oczywiście się w nim zgubiłem. Z pomocą przyszedł mi dziadek na skuterze. Wyprowadził mnie na trasę do Chorwacji. Budapeszt jest przepiękny, choć zwiedzanie ograniczyłem do przejazdu „tranzytem” przez to miasto.
Zarzekałem się, że nie wjadę na autostradę. Oczywiście, po kolejnych kilku błędach nawigacyjnych, wjechałem na nią, za namową jednego z napotkanych motocyklistów. Zjazd z autostrady, na której notabene pół drogi przespałem, krótka dojazdówka do granicy i… Patrzę, idzie jakaś młoda para. Mają Polską flagę!! Wracam się. To Polacy – Wracają stopem z Czarnogóry. Brali udział w autostopowym wyścigu. Wariaci – myślę sobie…
Przejście graniczne – szybko i sprawnie. Mały odpoczynek na ziemi niczyjej, czas na zdjęcia.

Jestem po Chorwackiej części. Piękna długa prosta, wokół równina a na horyzoncie majaczą góry. Bajkowe widoki. Kraj ten robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przede wszystkim są tu bardzo życzliwi ludzie, którzy tylko na pozór patrzą się na mnie jak na wariata.

Granica z Bośnią, tu tak miło już nie jest. O ile na granicy Chorwackiej, strażnik przez 10 minut próbuje sformułować pytanie dotyczące spalania mojej TDMy, to Bośniacy nakazują mi rozłożenie tego kramu w celu kontroli celnej. Pierwsze kilometry po Bośniackiej stronie to dramat. Brud, slums i ugór. Jednak im bliżej gór i stolicy – Sarajewa, krajobraz zaczyna się zmieniać i robi się naprawdę pięknie. Postanawiam się przespać. Pytam się starszych ludzi pracujących w polu czy mogę spać na łące. Ok, ale zaraz prowadzą mnie nad rzekę, gdzie proponują, żebym został. Jest cudnie, góry rzeka, zieleń. Idę spać. Jutro Mostar !

Dzień 3

Po godzinie porannej jazdy docieram do Sarajewa. Bośnia to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Zaczynam się zastanawiać dlaczego Władca Pierścieni był kręcony w Nowej Zelandii a nie właśnie tu…

Samo Sarajewo mnie nie urzeka. Ot kolejna Stolica, trochę wyburzona, ale tętni życiem. Widać rozwój. W ogóle cała Bośnia to jeden wielki plac budowy. Pełno jest rozwalonych, spalonych czy po prostu uszkodzonych domów. Ludzi są bardzo życzliwi, choć trochę przybici.  Przy granicy trzeba uważać na oszustów. Oczywiście, na stacji paliw daje się nabrać. Wymieniam 20E na Bośniacką walutę i tracę na tym 20zł – zupełnie jak w filmie Sztos. Na domiar złego, trzy puszki pepsi kosztują mnie 5 Euro. Masakra.

Droga z Sarajewa do Mostaru, a potem na Dubrovnik, zapiera dech w piersiach. Winkle, widoki, winkle i jeszcze raz widoki. Docieram ponownie do granicy z Chorwacją, celnicy widząc, że jestem Polakiem puszczają mnie bez niczego, kolejni również. Szukam kantoru, oczywiście wszystko jest już zamknięte. Jakiś typ z czarnej BMKi ma plik forsy, chce mi wymienić. O nie! Kolejny raz frajera ze mnie nie zrobicie. Tłumacze, ze Ich bin Journalist, I Need bill for my boss. Udaje się, zakapior daje mi spokój. Ściema na dziennikarza zawsze pomaga w takich sytuacjach. Polecam. Ok, wykaraskałem się z głupiej sytuacji, ale nadal nie mam chorwackiej waluty.
Wracam do Bośni. Za resztę Kun tankuję motocykl. Leję dodatkowe paliwo w butelkę, robie zapas jedzenia. Jest sobota – nie wiem kiedy będę mógł wymienić pieniądze. Udaje się w stronę Czarnogóry. Przepiękna trasa. Jeszcze nigdy nie jechałem tak wysoko w górach. Zastanawiam się, czy Transfagar jest w stanie mnie czymś jeszcze zaskoczyć. Powoli zachodzi słońce. Myślę o noclegu, dodatkowo w głowie mam dziesiątki rozjechanych węży na asfalcie. Nie mam, gdzie zjechać, wszędzie skały i przepaście. Widzę znak, Auto Camping. Płacę na 2E za miejsce na namiot i rozbijam obóz. Właściciel kempingu, zaprasza mnie na swój kuter. Pływamy. Oglądam jak rozrzuca sieci rybackie. No tak przecież to już morze Adriatyckie ! Jem kolacje na ławce nad brzegiem morza. Wracając do namiotu spotykam Francuza, przyjechał przed chwilą – jedzie na BMW 1100 GS dookoła morza Adriatyckiego. Mówi, że boi się zjechać z drogi choć na chwilę przez miny znajdujące się nieopodal drogi. Myślę sobie oj ja głupi, nieświadomy ułan. Cały dzień ciekam po kniei…

Kolo wyraźnie jest spietrany. Rano razem ruszamy w stronę Czarnogóry i Albanii. Swoją drogą jak bardzo nieświadomy postępu był ten człowiek, że bał się pół minowych ?

Dzień 4

Licznik dzienny wskazuje tylko 309 km. To był zdecydowanie najtrudniejszy dzień dotychczasowej podróży. Z Mr. Le Petit” przejechałem tylko 40 km. Skapnąłem się, że muszę zawrócić, żeby dojechać nad kanion rzeki Pivy. Zawróciłem i musiałem cofnąć się około 20 km, aby finalnie pojechać drogą powrotem w stronę Sarajewa. Przepiękna trasa, bardzo trudna technicznie. Przez około 150 km praktycznie żywej duszy. Bardzo kręta, kiepska nawierzchnia, dużo nieuprzątniętych kamieni z zimowych lawin. Żeby było lepiej – dużo niezabezpieczonych urwisk. Momentami wraz z nimi oberwany asfalt, a czasem jego brak.

Trasa, raz pnie się w górę, a raz opada. Różnice wysokości są tak duże, że zaczynam źle się czuć. Pochodzę z nizin – i jestem nieprzyzwyczajony do takich wrażeń. Ciemnieje mi w oczach i kręci się w głowie. Zjeżdżam z gór. Około 60 km przed granicą z Albanią rozbijam obóz i idę spać. Czuje się masakrycznie. Na domiar złego bolą mnie oczy dostaje kaszlu i ostrego kataru. Biorę wszystkie leki na przeziębienia jakie mam przepijam 200 setką wódki i idę spać. Rano jak młody Bóg budzę się i jadę dalej – lekarze mnie zabiją za takie gadanie, ale wódka w połączeniu z lekami czyni cuda !

Dzień 5

Sam już nie wiem, ile przejechałem kilometrów od 3 maja. Obudziłem się dokładnie o 7.50. Dziwne, z reguły jestem tak zaspany, że nie wiem, gdzie jestem. Tym razem zapamiętałem nawet godzinę…

Na dworze deszcz – z mych  ust wylał się potok brzydkich słów. Uwielbiam złorzeczyć, bluźnić i rzucać krótkimi dosłownymi słowami opisującymi moją doczesną sytuację.

Na chwilę przestało padać i wpasowałem się w lukę pogodową. Wykorzystałem ją na pakowanie i szybki start. Gnam do Albanii, sam nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że tam nie będzie padać. Mam rację. Po półtoragodzinnej, orzeźwiającej jeździe w deszczu dotaczam się do granicy. Odprawa idzie mozolnie. Po raz Kolejny  na pytanie po co jadę do Albanii, odpowiadam, Ich bin Journalist. I Nagle wszystko idzie sprawniej. Razem z końcem krainy Montenegro, kończy się asfalt, a zaczyna, piękny sypki szuter, a raczej droga wypełniona małymi nie ubitymi kamyszkami. Nie mogę jechać na stojąco – nadal mam urwany podnóżek. Motocykl porusza się z pełną inercją, przyprawiającą mnie o palpitację serca. Toczę się powoli. Dookoła pracują koparki, i maszyny rozłupujące skały- Albańczycy chyba walczą o lepsze drogi – dzięki Bogu ! Niestety jak to w Albanii, nic nie dzieje się w typowy europejski sposób. Owszem, urządzenie kłujące skały kilkanaście metrów nad drogą, pod wodzą wykwalifikowanego pracownika nie próżnuje. Na dole natomiast, zapomniano o zabezpieczeniu drogi od spadających głazów. Kamienie przelatują sobie obok aut. Modle się, żeby któryś nie spadł na mnie. Po około 30 km jazdy po Albańskich bezdrożach doganiam grupę Niemców jadących na BMKach. Jadą do Tiranu, przyłączam się, w końcu w grupie bezpieczniej. Ich tempo emeryta z balkonikiem jest tak wolne, że po kolejnej w przeciągu 60 km sallad time, odłączam się i nawiguję na własną rękę.  Co chwilę się zatrzymuję i pytam ludzi o drogę w stronę stolicy Albanii – Tiranu. Większość szczerzy zęby i macha rękoma w różne kierunki. Po 30 próbie, pewien policjant oznajmia mi po angielsku „Przecież jesteś w Tiranie !” Brawo dla mnie, teraz tylko wydostać się z tego miasta chaosu. Właściwie cała Albania to państwo chaosu. Nie obowiązują tu, chyba żadne przepisy. Wszyscy jadą jak chcą, trąbią i cieszą się. To, że jakimś cudem uniknąłem rozjechania przez auta na ulicach Tiranu zawdzięczam chyba tylko bożej opatrzności. W notatkach z wyprawy zapisałem sobie: „To parszywe miasto, przyprawia mnie o dreszcze – muszę stąd jak najszybciej uciec”. Z perspektywy czasu uważam, że Tiran chodź dziwny, był jednym z fajniejszym miejsc, w których byłem w trakcie wyprawy po Bałkanach. Chyba byłem zszokowany i przestraszony innością tego narodu i ich kultury. Fakt jest faktem, że w zasadzie uciekam w stronę Grecji.

Trasa pnie się coraz wyżej w górach. Powoli poziom paliwa w TDMce zaczyna się zmniejszać. Jadę z nadzieją, że jeszcze dziś uda mi się dotrzeć do granicy na tym co mam w zbiorniku. 50 km przed granicą opadam z sił i próbuję znaleźć nocleg. Niestety, na próżno. Droga wykłuta w skale uniemożliwia mi po raz Kolejny zjechanie na bok i rozbicie namiotu. Szukam motelu: 10, 20E za noc. Bloody now. Jadąc, zauważam szyld informujący o kampingu samochodowym. Załatwiam miejsce za 5 E i w deszczu rozbijam namiot. Kupuję dwa piwa. Siadam nad brzegiem jeziora i degustuję. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do samotności. Jest pięknie.

 

Dzień 6

Kolejny dzień podróży zaplanowany na krótki dojazd do Saloników i byczenie się na plaży, przerodził się w dystansowo w jeden z najdłuższych odcinków wyjazdu. Ruszyłem z samego rana z pod miejscowości Elbasan. Przekroczyłem granicę, która był dość silnie strzeżona. Po udanej odprawie granicznej, czym prędzej ruszyłem w drogę.
Greckich gór, chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Dużo osób tam było, reszta widziała w telewizji. Są przepiękne. Natomiast trasa do Saloników jest nudna jak flaki z olejem. W dodatku straszny ruch. Im bliżej wschodniej części Grecji korki zaczęły przybierać na sile, do tego stopnia, że jazda stała się bardzo nie przyjemna. Denerwuje mnie to do tego stopnia, że w Salonikach zawracam i jadę do Bułgarii – wolę po dziurach, ale jeździć. Smutnym faktem jest to, że Grecy przysposobili sobie motocykle do tego stopnia, że jest to dla nich tylko środek transportu. Nikt się tu nie pozdrawia, motocyklowa jedność tak znana na cały świecie, moim zdaniem tam nie istnieje.

Dzień 7

Bardzo szybko opuszczam Grecję i kieruję się do Bułgarii przez Macedonię. Kraj ten pozostał w mej pamięci jako piękne miejsce, niestety bardzo zanieczyszczone przez jego mieszkańców. Przy drogach istnieją setki nielegalnych wysypisk śmieci. Odpady leżą również przy drogach i na łąkach czy brzegach rzek. To mi się bardzo nie podobało. Najgorzej w tym całym bałaganie odnajdują się zwierzęta, które zdane na niechlujstwo swoich właścicieli pasą się spokojnie na łąkach między śmieciami.

Noc, po raz pierwszy spędzam w hotelu, poprzedniego dnia miałem odpoczywać, to chociaż teraz prześpię się w łóżku i naładuję baterię przed Bułgarią i Rumunią. Za hotel płacę astronomiczna sumę 15 E.  Podobno w cenę wliczone jest śniadanie. Okazuje się, że śniadanie to dwie bułki i dżem. Dopiero po moim wybuchu furii i potoku bluźnierstw skierowanych do właściciela dostaje jeszcze żółty ser, masło i szynkę. Ten hotel był porażką. Nie dość, że w namiocie było by wygodniej, to jeszcze nie było ciepłej wody  i to śniadanie… sami wiecie…

Ruszam w stronę Sofii, stolicy Bułgarii. Jadę prostą, nudną drogą i rozmyślam nad życiem. Zastanawiam się, dlaczego morze czarne nazywa się czarne. Jest to tak istotny problem dla mojego zwichrowanego tym wyjazdem umysłu, że skręcam przed stolicą Bułgarii w prawo i jadę długim ponad 500 km highwayem nad morze. Ponownie zauważam duże kontrasty pomiędzy grupami społecznymi, biedą a bogactwem. Bułgaria to biedny kraj.  Ludzie żyją w takich warunkach, że większość Polaków sobie tego nawet nie wyobraża. Dopiero przy samej plaży się to zmienia. 10 km przed wybrzeżem krajobraz diametralnie ulega zmianie. Pojawiają się Hotele, bary, kasyna i… burdele. Przepych widać jak na gołej dłoni. Z drugiej strony widać też paskudną biedę. To jest bardzo smutne.

Nie ma pól namiotowych. Jeżdżę, szukając noclegu do późnej nocy. Zatrzymuję się zrezygnowany na jednej ze stacji benzynowych. Idę kupić sobie coś słodkiego –  może doda mi to siły. Wdaję się w gadkę z chłopakami pracującymi tam. Czasem dobrze być gadatliwą pierdołą, bo pozwalają mi się rozbić obok stacji na trawie.  Wreszcie idę spać !

Dzień 8

Budzę się około godz. 9.00. Jem na stacji zapiekankę i ruszam do miejscowości Warna nad morzem Czarnym. Tym samym objeżdżam całe bułgarskie wybrzeże. Moje odczucia ? Raczej nie zachęcę nikogo do podróży w te regiony.

Tym bardziej dokładam od pieca, gnam na granicę z Rumunią – do miejscowości Ruse. Szybka odprawa po stronie bułgarskiej – Nawet nie chcą paszportu.Za przejściem granicznym wjeżdżam do pierwszego rumuńskiego miasta. Oczywiście gubię się. Z pomocą przychodzi typowy koleś z dużym brzuchem i wąsem. Dzwoni do swojego kolegi – taksówkarza. Ten przyjeżdża i obaj prowadzą mnie na wylot z miasta w kierunku Pitesti. Dzięki temu omijam Bukareszt. Wyobrażacie sobie coś takiego w naszym kraju ?

Jest niezwykle nierówno – Wiedziałem, że tak będzie. Mimo tego, nadal jadę dość szybko.

Ludzie są bardzo życzliwi. Kiedy staje na krótką przerwę, natychmiast podchodzi do mnie około 10 osób. To niezwykłe. Jestem dla nich egzotyczny ! Najbardziej zadziwia ich mój motocykl. Gdzie ja trafiłem ? Nie wiedziałem, że w Europie znajdują się jeszcze takie miejsca. To magia świata.

Cały Rumuński świat kręci się wokół ławki przed domem. Dzieci bardzo wcześnie kończą zajęcia w szkole i wracają do domu, aby po chwili z niego wyjść z resztą rodziny i usiąść pod płotem Siedzą tam, rozprawiają i bawią się. Nikt nie siedzi w domu.
Przy płotach stoją uwiązane konie i czekają na swoich właścicieli. Kraj ten zaskakuje na każdym kroku.

Mijam Pitesti i udaję się do miasteczka Curtea De Arges, a stamtąd w stronę Transfagaru. Jest zamknięty. Dowiaduje się o tym dopiero od policjanta stojącego na straży wjazdu. Liczyłem się z tym, ale do tej pory wszyscy tubylcy mówili mi, że trasa jest już otwarta. Wracam. Rozbijam namiot nieopodal zamku Draculi.

Noc jest bardzo zimna. Ubieram się praktycznie we wszystkie ubrania jakie mam, włącznie z zimowymi podpinkami ubrań motocyklowych.

Dzień 9

Ruszam zwiedzić zamek Draculi. Wchodzę na górę. Na szczycie zastaje parę zdemolowanych ścian i schodzę.  Nic ciekawego. Po drodze na dół spotykam Polaków. Rozmawiamy o naszych podróżach. Oni są na wakacjach i nie mogą wyjść z podziwu, że jadę sam. Schodzę na dół i odpalam motocykl. Dzisiejszy plan to objechać Transfagar i spróbować wbić się od drugiej strony. Dojeżdżam do ostatniej miejscowości przed górami tej znanej wszystkim trasy. Zaraz za wioską prawie wjeżdżam na stertę kamieni leżących na drodze. Przejazd bokiem niby jest, ale łypie na mnie wielki znak zakazujący wjazdu. No cóż, nie wjadę. Zawracam i jadę z powrotem na dół. Mijam dwójkę motocyklistów na BMW F650 GS. Jadą do góry – Cholera, jadę za nimi. Najwyżej zapłacę mandat. Zawsze marzyłem o przejechaniu się tą trasą, więc nawet jeśli przyjdzie mi zapłacić z 500 zł to uważam, że i tak warto Dojeżdżamy do zwaliska. Ostrożnie je mijamy i pniemy się trasą, pokonując kolejne zakręty. Na pewno nie było to bezpieczne i odpowiedzialne. Na trasie leżały setki kamieni, które spadły z gór razem z zimowymi lawinami. Tempo jazdy nie jest spektakularne, bardziej się wleczemy niż winklujemy. Z każdym metrem zaczyna robić się coraz zimniej. W końcu, droga zwęża się do półtorametrowego tunelu wyrytego w śniegu i lodzie. Jadę juz naprawdę wolno. Niestety, nie biorę pod uwagę tego, że jadę załadowanym motocyklem i w jednym z tuneli zahaczam o ścianę lodowego tunelu i urywam sakwę. Na szczęście pozapinałem ją tylko na rzepy i gumy, które oderwały się przy spotkaniu z lodem. W sakwie nie było żadnych istotnych rzeczy. Urwała się i tyle. Zgiął się za to stelaż pod sakwy, który wykonałem przed wyprawą. Na szczęście zrobiłem go tak, że zamontowany był w sposób „pływający” i jego rurki poprzesuwały się amortyzując uderzenie. Musiałem wyprostować go, przykręcić śruby trzymające jeszcze raz i zaczepić sakwę. Żadnych strat nie było, ale strachu najadłem się co nie miara.

Jedziemy dalej tak długo jak możemy. W końcu droga kończy się zasypana zwałami śniegu. Robimy zdjęcia i kontemplujemy. Z góry zjeżdżam sam, zostaję trochę dłużej i odpoczywam.

Asfalt po zimie nie był zbyt zachęcający do ostrych zejść na kolano. Momentami droga była przykryta lodem. Trzeba było jechać w maksymalnym skupieniu, aby nie położyć motocykla.

Dzień 10.

Nazajutrz, ruszam w kierunku Miejscowości Satu Mare, a stąd do przejścia granicznego  z Ukrainą w Berehovie. Przejście graniczne z Ukrainą jest kosmiczne. Zbędna biurokracja.

Na pierwszej bramce, pobieram talon. Celniczka nie jest w stanie zrozumieć, że jadę motocyklem marki Yamaha a nie TDM, zaczynam się irytować. Ruszam do kolejnej bramki, to kontrola paszportu. Piękna Ukrainka siedząca w okienku zajęta jest namiętnym flirtem ze swym kolegą, odsyłając mnie w kąt. Czekam pokornie. W końcu się udaje. Dostaję stempelek i udaję się do kolejnego okienka. Odprawa celna: Pada pytanie, Tabljetki ?

– Jakie Tabljetki ?

– Tabljetki…

-No mam – wziąłem cały arsenał.- Daje mu je, no i… afera. Mam Ketonal. Każą mi zejść na bok. Czekam około godziny na gościa, który łaskawie przyjdzie i powie, że to nie tabletki extasy. Przy okazji jest czas na dokładne sprawdzenie moich bagaży. Rozkładam to wszystko na trawniku a potem składam. Przednia zabawa – szkoda, że moim kosztem. Na szczęście puszczają mnie wolno, ruszam i… kolejna bramka. Trzeba zdać ten talon, który dostałem na początku… Masakra. Oczywiście moja pierdołowata natura i tym razem wzięła górę nad rozumem i nie za trzymałem się przed tą ostatnią bramką. W asfalcie znajdowały się kolce, które za zadanie mają unieruchomić samochód. Oczywiście po nich przejechałem One się złożyły i chyba je uszkodziłem. Znowu awantura, a ja po prostu się zamyśliłem. Nie jestem w tym najlepszy.

Ukraina.

Wjeżdżam w ten owiany wieloma niepochlebnymi mitami w kraj. Droga nie jest rewelacyjna. Dziura na dziurze, ale nie ma tragedii – przynajmniej nie przez pierwsze 50 km. Kieruję się w stronę Przemyśla. W głowie mam plan – Za wszelką cenę dojechać do granicy z Polską, a potem niech się dzieje co chce. Wjeżdżam w ukraińskie Bieszczady. Dziurawa droga zmienia się w najbardziej dziurawy asfalt jaki w życiu widziałem. Już nie jadę. Ciągle staje i ruszam. Dziury głębokie na 10 cm dobijają przednie zawieszenie do końca. Wszystkie rzeczy na motorze latają. A ja ledwo siedzę na siodle – przejechałem dzisiaj już około 600 km. W głowie mam tylko granicę. Znów wspinam się w góry. Na drogę opada mgła. Widoczność zmniejsza się do zaledwie kilkunastu metrów. Do tego spada temperatura i zaczyna padać. Dojeżdżam do jakiejś bramki granicznej. Sprawdzają mi paszport – Ja, smaruje łańcuch. Wdaję się w krótką rozmowę z milicjantem, mówi mi, że do Polski zostało około 180 km. Zaczynam się martwić. Od ciągłego ruszania zaczyna opadać wskazówka  poziomu paliwa, ja nie mam hrywien, a na domiar złego pada i ściemnia się.  Dojeżdżam do jakiejś wioski, pytam o paliwo. Niestety nie ma tam żadnej stacji. Każą mi jechać do następnej. Podobno kolejna miejscowość ma być większa, tam są dwie stacje paliw. Szkopuł w tym, że przede mną około 20 km drogi, a ja jadę już na głębokiej rezerwie. Trudno – byle do przodu. Żeby jechać równo i mniej spalić jadę trawiastym poboczem – jest mniej dziur. Na obrzeżach miasta zatrzymuje mnie milicja. Kontrolują mnie pod kątem trzeźwości, nie mając żadnego alkomatu. Chcą mnie ukarać mandatem za przekroczenie prędkości. Oczywiście to wierutna bzdura. Jechałem maksymalnie 30 km na godzinę. Opowiadam im o swojej podróży. Panowie stają się milsi. Ustalamy, że pomogą mi z paliwem, w zamian za 5 Euro, czyt. w zamian za flaszkę.  Jadę z nimi do najbliższej stacji i nalewam jakiegoś podłego paliwa. Jestem strasznie zmartwiony bo motocykl został sam na obrzeżach miasteczka i jest noc. Nie mam w dalszym ciągu hrywien. Daje milicjantom 10E – mają zapłacić za paliwo i resztę sobie wziąć. Za 10 E tankuję  2.5 litra paliwa do butelki i wracam do motocykla milicyjną Ladą. Leje ten syf. TDMa odpala niechętnie, a silnik zmienia tembr pracy. Panowie ucieszeni prezentem jaki dostali ode mnie w wysokości około 7 E – Sam w końcu nie wiem ile zapłaciłem za to paliwo, prowadzą mnie na stację paliw z etyliną 95, tutaj to prawdziwy rarytas !! Leje do pełna – oczywiście muszę zapłacić kartą, bo nie mam gotówki. Na szczęście istnieje taka możliwość, pod warunkiem, że dokupię papierosy., oczywiście nie dla mnie…

Droga robi się coraz gorsza. Deszcz przeradza się w ulewę.  A wieczór staję się nocą. Przy granicy trwa jakaś mobilizacja sił wojskowych, bo co chwilę przejeżdżają wojskowe pojazdy. Wszyscy jadą na długich światłach. Kiedy mnie mijają musze się zatrzymywać, bo nic nie widzę. Najgorszy w tym wszystkim jest ziąb i deszcz. Kiedy zamykam szybkę kasku, parują mi okulary, kiedy otwieram lecą na nie krople deszczu. Jeśli je zdejmę nic nie widzę. Dramat i horror. Powoli opadam z sił, ale założenie mam twarde. Dojechać do Polski, a potem niech dzieje się co chce. Mam tak zmęczone ręce, że nie mogę wcisnąć ani sprzęgła ani hamulca. Jadę na jedynce i na kolejnych dziurach dodaje tylko gazu z nadzieją, że odciążę przód do tego stopnia, żeby nie fiknąć na kolejnej dziurze. W środku jakiejś leśnej asfaltowej drogi gubię się.  Ale jadę cały czas przed siebie. Na szczęście dla mnie, zauważam drogowskaz. Stoję przez chwilę i próbuje przeczytać, w którą stronę mam jechać. Dzwonie do domu bo w liceum XXI wieku nie nauczyli mnie rosyjskiego. Opowiadam mamie co widzę, Ona mi czyta a ja porównuję to z mapą. Po paru sekundach ruszam w dalszą drogę. Według mapy, na oko pozostało mi około 70 km do granicy z Polską.  Jadę samotnie przez ciemny las, wokół żywej duszy. Niewiadomo skąd, moim oczom ukazują się dwie ukraińskie panie. Wracają z dyskoteki – tak przynajmniej wnioskuje z ich wyglądu. Mówią że jeszcze far awej do Polsza. Co najmniej 100 km. Załamuję się ale do końca im nie wierzę. Nic to trzeba jechać…

W ciągu 12 godzin męczarni po ukraińskich drogach, przejeżdżam około 200 km i docieram do granicy z Polską.  To był niesamowity dzień i jeszcze bardziej spektakularna noc.  Przejście graniczne, w którym przyszło mi się odprawić  nie było wielkim i często uczęszczanym miejscem. Kiedy po polskiej stronie celnicy ujrzeli moje obłocone i mokre lico niedowierzali swoim oczom. Kiedy zapytali się skąd jadę, a ja im odpowiedziałem, że z Grecji tym bardziej stanęli jak wryci. Wydaje mi się, że uwierzyli dopiero wtedy, kiedy zobaczyli stemple w paszporcie.  Ich min nie zapomnę do końca życia.

Dzień 11

Na granicy zjadam resztki jedzenia i ruszam w poszukiwaniu hotelu. Jestem tak mokry, że spanie w namiocie mnie przeraża. Ze zmęczenia mylę drogę i jadę do Sanoka. Na nocleg zatrzymuję się o 2 w nocy na stacji paliw. Zabieram ze sobą tylko Tankbag i idę spać. Rano sie budzę i ruszam do domu. Do Zelowa dojeżdżam o godz. 16. Dopiero nazajutrz, już w domu  ściągam rzeczy z motocykla i okazuje się, że całe szczęście, że w hotelu nie wziąłem ze sobą kufra do pokoju. Płyta montażowa kufra od jazdy po wyboistych ukraińskich drogach pękła na pół i kufer trzymał się tylko ściśnięty pasem bagażowym.

Serdecznie dziękuję za pomoc w organizacji wyprawy firmą: Adicar oraz V-Car za wsparcie techniczne wyprawy.

6 myśli na temat “Moto Bałkany Eksploracja 2012 – Relacja, długa i wyczerpująca ten temat raz na zawsze…”

  1. Super relacja. W kolejnym roku planuję drugie podejście do Bałkanów z mocnym naciskiem na Bośnię, Albanią, Grecję i Macedonię.

    Zainteresowanych tematyką Bałkanów motocyklem zapraszam również na swojego bloga: http://www.motobalkany.pl/ – Jest to łatwiejsza alternatywa wyprawy na południe dla powyższej opcji 🙂 Mam nadzieje że się spodoba.

    pozdrawiam

  2. Dobry post. złapałem parę zjedzonych przecinków,
    jednakże nic czym należałoby się martwić. Pozdrawiam i Zapraszam
    na moje wuwu, w szczególności jeżeli interesujesz się zdrowiem i urodą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.